juraW dniach 15 - 16 października odbyła się wyprawa SEH "Grupa Łódź" na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Gościliśmy tam na zaproszenie kolegów ze Stowarzyszenia na Rzecz Ochrony Podziemnych Zjawisk Krasowych "Speleo - Myszków".  
Od dawna planowany wyjazd wreszcie doszedł do skutku i choć to już październik i część chętnych się pochorowała to do wyjazdu stawiło się dziesięć osób. Skład był następujący : toperz (ja), Wiesiek (kolega sympatyzujący z grupą), Jacek z córką Asią (jak wyżej), KaDe, Sarmata oraz Remik z żoną Anną i synami Darkiem oraz paroletnim Piotrkiem  - który to okazał się największym bohaterem całej wyprawy.
Wystartowaliśmy z Łodzi w sobotę rano zadowoleni, uśmiechnięci i nastawieni na atrakcje czekające na Jurze. Nikt z nas nie mógł przewidzieć że koledzy z Myszkowa postanowili zadbać abyśmy wizyty u nich nigdy nie zapomnieli.
Droga minęła dość szybko. Na miejscu po przywitaniu zostaliśmy zaproszeni do siedziby Stowarzyszenia "Speleo-Myszków" która mieści się w podziemiach Miejskiego Domu Kultury. Można tam obejrzeć wystawę okolicznej fauny i flory, bardzo bogaty zbiór skamielin i minerałów oraz (?) jedyną w Polsce sztuczną jaskinię. Następnie został pobrany niezbędny sprzęt do bezpiecznego zwiedzania, wsiedliśmy do samochodów i ruszyliśmy. Na pierwszy ogień poszła najładniejsza z jaskiń jakie się znajdują na Jurze. Nasza dotychczasowa wiedza na temat jaskiń a szczególnie wejść do nich była oparta na podstawie wizyt w jaskiniach tzw. komercyjnych (Raj, Niedźwiedzia) ale to co zobaczyliśmy na miejscu początkowo potraktowaliśmy jako żart. Okazało się że nora w ziemi do której nie dało się wejść nawet na czworakach to właśnie jest wejście. Mały Piotrek w płacz! Ania oświadczyła że nie wejdzie tam choć by nie wiem co, jednak po pewnych pertraktacjach z tatą Piotrek dał się namówić a Ania wobec zapewnień Tofika i Modela ( członkowie Speleo - Myszków), że to tylko wejście takie ciasne a potem są wysokie pomieszczenia, oraz groźby pozostania samotnie w leśnej głuszy postanowiła zaryzykować. Oczywiście - w środku sale były naprawdę wysokie, chłopaki zapomnieli tylko dodać że pomiędzy nimi trzeba się przeczołgać. Małego Piotrka od pierwszych metrów pod ziemią tak pochłonęła pasja odkrywcy że nie potrzebny mu już był tata ani mama i wszędzie chciał być pierwszy. Niebawem okazało się że co niektórych uczestników wycieczki, matka natura stworzyła o jeden numer za dużych i nie było im dane obejrzeć wszystkich zakamarków. Po wyjściu na powierzchnię przenieśliśmy się do jaskini w Zielonej Górze. Jest ona ogólnie dostępna i jednocześnie jest przykładem jak można zniszczyć miliony lat ewolucji. Wnętrze okopcone od palonych tam ognisk, stalaktyty i stalagmity poutrącane. Na szczęście ocalał unikatowy las stalagnatów. Wejście oczywiście na czworakach. Wewnątrz dość obszerne pomieszczenie. Do następnego przejście przez dziuplę w ścianie za którą znajduje się obszerna sala. Tutaj prowadzący nas Tofik (Tomasz Knoff) po mistrzowsku skupia na sobie uwagę podczas instruktarzu jak przecisnąć się do następnej sali. Ruszam za nim jako pierwszy. Niestety - natura. Model (Jerzy Modzelewski) zapewnia mnie że następną salę na pewno zwiedzę. Ciekawe jak? Siadam obok niego i śmiejemy się po kolei ze wszystkich przeciskających się przez ucho igielne. Jak już prawie wszyscy byli w środku, Model kazał mi się odwrócić do tyłu i poświecić w dół. O rzesz ty !!!! To ja próbowałem przecisnąć się przez dziurę w której z trudem mieściła mi się jedna noga a tuż obok jest niemal autostrada - wygodne, szerokie wejście. Brawo !!!To się nazywa wpuszczenie w kanał po mistrzowsku !!!  Po ponownym ujrzeniu światła dziennego udaliśmy się do kolejnych jaskiń (Towarna i Dzwonnica). Tam największą atrakcją miało być wejście w jednym miejscu a wyjście gdzie indziej. Podobno pierwsze cztery metry trzeba się przeczołgać a potem już jest lepiej. W momencie kiedy Tofik kazał wszystkim zostawić kurtki przed wejściem (aby było luźniej) zapaliło mi się przed oczami wielkie, czerwone światło ostrzegawcze . I to mnie uratowało!!! To przejście to był jeden wielki hardkor a wyjście? Właściwie to tam nie było żadnego wyjścia. No chyba że ktoś tak nazwie niewielką szczelinę w skale. Patrząc na desperackie próby wydostania się z matni kolejnych straceńców dziękowałem przezorności że tam nie wlazłem. Po ochłonięciu dowiedzieliśmy się że to jeszcze nie koniec. Nieopodal znajdowała się jaskinia Cabanowa. Tam największą sztuką było samo wejście. Do wcześniejszych jaskiń trzeba było wchodzić na czworakach, czołgając się lub na inne sposoby. Tutaj te wszystkie systemy trzeba było połączyć i wymieszać.
Dzień zakończyliśmy przy ognisku piekąc kiełbaski i zapijając je miejscowymi wyrobami alkoholowymi aby uspokoić skołatane nerwy i co tam się jeszcze komu kołatało.
Jeszcze raz wielkie dzięki dla kolegów ze Stowarzyszenia "Speleo-Myzsków" za poświęcony nam czas. Tak wiele atrakcji w jednym dniu nikt z nas się nie spodziewał. A niedzielę postanowiliśmy uatrakcyjnić sobie sami. Wiesiek zabrał ze sobą sprzęt do wspinaczki i ruszyliśmy na skałki. Co prawda Ania zareagowała na (jak by nie patrzeć) mój pomysł dość nerwowo . Od momentu oficjalnego zapalenia się do wspinaczki Darka i Piotrka starałem się nie odwracać do niej tyłem aby nie dostać wielkiego kopa w zad! Na szczęście na miejscu gdy kolejni potencjalni straceńcy wspinali się na górę i powracali żywi przekonała się że jest to bezpieczne (przy zachowaniu odpowiednich środków bezpieczeństwa) i Darek mógł zaliczyć swoją pierwszą skałę. Mały Piotrek też troszkę zabawił się w Kukuczkę ale jego przygoda zakończyła się na niedużej wysokości. Na koniec odwiedziliśmy największą piaskownicę w okolicy (Pustynia Siedlecka) i ruszyliśmy do domu.
Więcej zdjęć z wyjazdu, do obejrzenia tutaj.