Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
O jezu.......
#1
Kiedyś byłem przekonany ,że wykształcenie do czegoś zobowiązuje.Czytając poniższe androny jestem teraz upewniony w przekonaniu,że co poniektórzy dostali te swoje dyplomiki za jaja od kury,i tylny most od świni.Toż to można tylko rzec o jezu zlituj się nad tą istotą.

http://wyborcza.pl/...ml?fbclid=IwAR1H9jNwow--RqoLUifY6EoOuhfqI7MxbPbEDaioZnUVTd6lfr3VU41HVVM#sortBy:Time-Desc

"Rabusie zwani "saperami" niszczą ślady starożytnego osadnictwa, a nawet bezczeszczą nieużytkowane cmentarze. Zubażają zasoby dziedzictwa narodowego i okradają skarb państwa z przyznanej mu zgodnie z prawem własności wszystkich zabytków archeologicznych.
Prof. Przemysław Urbańczyk - Instytut Archeologii i Etnologii Polskiej Akademii Nauk

W styczniu tego roku, po wielu latach starań obrońców dziedzictwa narodowego, nieuprawnione używanie wykrywaczy metali do wykopywania zabytków archeologicznych zostało uznane za przestępstwo i zagrożone już nie tylko konfiskatą zrabowanych zabytków, ale też wręcz karą więzienia. W ten sposób Polska dołączyła do większości państw europejskich.

POLEMIKA. Wróblewski: Z wykrywaczami metali chodzą rolnicy i urzędnicy, przedsiębiorcy i studenci. Nie można ich wrzucać do jednego worka z rabusiami

Wystraszyło to detektorystów, zwanych popularnie "saperami", bo posługują się takim samym sprzętem jak wojskowi. Skrzyknęli się więc zimą w Gnieźnie, jawnie grożąc nieprzestrzeganiem prawa i żądając jego zmiany na swoją korzyść. Ich pretensje znajdują posłuch w opinii publicznej i wielu wpływowych ludzi wspierających saperów w ich pretensjach.

Problem jest poważny, bo uczestnicy swoistego „zjazdu gnieźnieńskiego” nie stanowią odosobnionej grupki fanatyków, lecz aktywną forpocztę zbiorowości, która według ich własnego szacunku liczy już w Polsce ok. 100 tys. ludzi. Na pewno jest to liczba mocno przesadzona w celach propagandowych, ale i tak jest to armia rabusiów wyposażonych w coraz skuteczniejsze narzędzia prześwietlania powierzchni ziemi w celu wydobywania wszelkich przedmiotów metalowych. Zapewne tysiące „saperów” codziennie penetrują pola, lasy i łąki, szukając łatwego łupu czy choćby przyjemnego zastrzyku adrenaliny, kiedy słyszą "biiip" w swoim wykrywaczu.

„Saper” nie wie, co robi
Niedawno na warszawskim rynku staroci na Kole spotkałem typowych przedstawicieli „saperów”, którzy nie rozumieją lub nie chcą zrozumieć, że powodują nieodwracalne zniszczenia zasobów dziedzictwa narodowego. Zanim się ujawniłem, usłyszałem, że chwilowo zawiesili poszukiwania, wystraszeni zaostrzoną penalizacją tej działalności. Równocześnie są jednak przekonani, że pokłosiem „zjazdu gnieźnieńskiego” będzie szybka i korzystna dla nich zmiana prawa.

Kiedy już zdemaskowałem się jako archeolog, nasza rozmowa przybrała typową formę. Powiedzieli, że przecież interesują ich tylko znaleziska wojenne, nie niszczą stanowisk archeologicznych, bo je omijają, a poza tym przeszukują tylko glebę orną, w której tkwią przedmioty ze stanowisk już zniszczonych przez orkę. Z ich argumentami są jednak trzy problemy.

Po pierwsze – żaden „saper” nie jest w stanie odróżnić po sygnale detektora, czy pod ziemią leży starożytna brązowa zapinka czy mosiężna łuska karabinowa; miecz średniowieczny czy lufa mauzera; moneta rzymska czy kapsel po piwie. Na sygnał „biiip” wykopuje więc wszystko i dopiero na powierzchni dokonuje selekcji na śmieci i przedmioty interesujące. Pozostawia po sobie charakterystyczne dołki wykopane saperką.

Po drugie – nie da się świadomie „omijać” stanowisk archeologicznych, bo te zarejestrowane w urzędach konserwatorskich to tylko niewielki fragment ich rzeczywistej liczby. Wiele z nich wciąż jest ukrytych pod ziemią i nie zwracają uwagi archeologów, dopóki nie zostaną ujawnione przez orkę i wszelkie roboty ziemne. Potencjalnie w każdym miejscu mogą znajdować się pod ziemią ślady bytności naszych praprzodków, którzy w ciągu niemal pół miliona lat obecności na ziemiach polskich spenetrowali pewnie każdy fragment powierzchni. Dołek wykopany przez „sapera” może więc zniszczyć unikalne znalezisko, zanim się o nim czegokolwiek dowiemy i obejmiemy ochroną konserwatorską.

Po trzecie – ziemia orna też zawiera cenne informacje. Nawet najbardziej rozorane stanowisko archeologiczne pozostawia ślady, których staranna analiza naukowa pozwoli pozyskać informacje ważne dla badaczy odległej przeszłości. Warstwa ziemi wymieszanej pługiem i broną też może poszerzyć naszą wiedzę, pod warunkiem że wcześniej ktoś nie powydłubuje z niej części zabytków, które mogą być kluczowe dla zrozumienia znaczenia odkrycia.

Niszczą kulturowy kontekst znaleziska
Uczestnicy „zjazdu gnieźnieńskiego” i aktywni lobbyści na rzecz depenalizacji nielegalnych poszukiwań i minimalizacji kontroli nad działalnością „saperów” to raptem (sto)kilkadziesiąt osób. Ogromna ich większość działa po cichu. Codziennie cierpliwie przeczesują pola, lasy i łąki, wydłubując z ziemi wszelkie przedmioty metalowe, z których część zabierają ze sobą, aby się nimi cieszyć w prywatnym zaciszu lub sprzedać w Polsce i za granicą, jeśli „towar” wart jest ryzyka przeszmuglowania.

Jest też trochę takich, którzy oddają swoje znaleziska służbom konserwatorskim, muzeum lub konkretnym archeologom. To na nich powołują się forsujący złagodzenie obowiązujących przepisów lobbyści, wśród których są nie tylko sami „saperzy”, ale też ludzie spoza ich branży. To głównie naiwni dziennikarze, którzy nie rozumieją, że każde wydłubanie zabytku z ziemi bezpowrotnie niszczy kulturowy kontekst znaleziska, który dla archeologa jest często ważniejszy od pojedynczego przedmiotu. Nawet najcenniejsze zabytki, pozbawione udokumentowanych informacji o dokładnym miejscu ich znalezienia i o ich kontekście stratygraficznym, tracą większość swojej wartości naukowej, stając się ciekawostkami antykwarycznymi.

Niestety, „saperów” wspiera też część numizmatyków i archeologów (np. z Uniwersytetu Warszawskiego), którzy szantażują opinię publiczną koniecznością ratowania dziedzictwa narodowego zagrożonego właśnie przez „saperów” nieinformujących o swoich znaleziskach. Twierdzą, że trzeba rabusiów obłaskawiać, by zechcieli informować o skutkach swojego procederu. Za tą specyficzną troską kryją się konkretne interesy tej grupki naukowców, których interesują wyłącznie same gadżety metalowe (monety, biżuteria, broń, itp.). Specyfika tych atrakcyjnych przedmiotów sprawia, że można je poddać analizie, ignorując brak kontekstu archeologicznego. Owi „metalolodzy” są specyficznie uzależnieni od ciągłego napływu nowych znalezisk, które można wykorzystać w publikacji.

Nie obchodzi ich to, że ich następcy już nigdy nie odkryją niczego nowego, bo wszystkie metale wkrótce zostaną z ziemi wyłuskane, ani to, że odkrycia „saperów” nieodwracalnie niszczą stanowiska archeologiczne. To tak, jakby historycy wspierali ludzi, którzy wycinają z nieznanych dotąd pergaminów pojedyncze zdania – choćby najbardziej fascynujące, bo informujące o nieznanych dotąd wydarzeniach z odległej przeszłości.

Archeolodzy przestaną być potrzebni
Taka naukowa „pazerność” musi przynieść zgubne skutki, bo przecież po wyczerpaniu zasobów ukrytych w ziemi metali pewnie ktoś wymyśli detektor wykrywający szkło, po czym tabuny nowych „saperów” ruszą na pola, lasy i łąki, żeby gwoli zysku lub zaspokojenia egoistycznej ciekawości powykopywać wszystkie starożytne naczynia i paciorki. Po wyrabowaniu wszystkich szkieł opatentuje się wykrywacz krzemieni i wtedy narzędzia z epoki kamienia staną się łupem rabusiów stanowisk archeologicznych. Potem przyjdzie czas na ceramikę, kości i drewno i pod ziemią nie zostanie już nic.

Zasób informacji o przeszłości ostatecznie się wyczerpie. Muzea i prywatne kolekcje będą pełne przedmiotów może atrakcyjnych wizualnie, ale martwych naukowo. Archeolodzy przestaną być potrzebni, bo wystarczą kuratorzy wystaw oraz dokumentaliści i konserwatorzy leżących w gablotach przedmiotów.

Na razie „saperzy” rabują tylko metale, niszcząc ślady starożytnego osadnictwa, a nawet bezczeszcząc nieużytkowane już cmentarze i zapomniane mogiły. Nie tylko utrudniają w ten sposób pracę naukową archeologów, ale też radykalnie zubażają zasoby dziedzictwa narodowego i okradają skarb państwa z przyznanej mu zgodnie z prawem własności wszystkich zabytków archeologicznych.

Miejmy nadzieję, że ich rosnąca aktywność lobbystyczna, kryjąca nieodwracalnie szkodliwą pazerność, nie znajdzie posłuchu w gremiach decydujących o ochronie dziedzictwa narodowego".
Odpowiedz
#2
Oj w końcu Urbańczyk sie doigra, już jedną sprawę ma, chce chyba więcej. Tylko wk...
Odpowiedz
#3
Szanowny pan profesor jest członkiem komisji SNAP do spraw detektorystów

  Komisja do spraw detektorystów
Przewodniczący:
mgr Maciej Widawski
Członkowie Komisji:
dr Artur Błażejewski
mgr Sylwia Groblica
mgr Witold Migal
mgr Antoni Paris
mgr Jarosław Sobieraj
mgr Piotr Szpanowski
prof. dr hab. Przemysław Urbańczyk

Nie czytałem żadnej z książek autorstwa pana profesora,jeśli one również zawierają takie rewelacje jak wykrywacze do szkła,czy też krzemienia,i inne bzdety to szkoda cennego czasu.Zastanawiam się czy przypadek tego wybitnego naukowca jest jedyny,i niepowtarzalny,czy też takich orłów jest więcej.
Ciekawostka -szanowny pan profesor jest odznaczony złotym krzyżem zasługi dla RP
Odpowiedz
#4
Cały tekst profesora Wróblewskiego
http://www.dajna.org.pl/dajna-uke/wojna-...8v1HQspzpk
Odpowiedz
#5
Wszystko pięknie,wręcz wspaniale,Pan profesor jest zwolennikiem używania w pracach archeologicznych wykrywacza metali,ja się temu panu osobiście nie dziwię.Wynikają z tego wymierne korzyści-więcej odkryć na badanym terenie.Mnie tak nurtuje jeden drobiazg czy ludzie pracujący z wykrywaczami dla fundacji Dajna są na etacie-czyli za swoją pracę biorą pieniądze?Czy też są to wolontariusze?
Fundacja otrzymuje dotacje od naszego szanownego państwa,oraz zapewne granty na swoje badania.Osobiście pochwalam prace społeczne w szczytnym celu-jednak na niwie prac dla archeologów dochodzi w większości mówiąc delikatnie do chamskiego wykorzystywania potencjału hobbystów.Zdarzało się tak,że pewne indywidua organizujące legalne poszukiwania z archeologami,brały od głowy kasę od szanownych panów archeologów-im więcej się wolontariuszy zgłosiło-to gość miał większą kasę.Obrzydliwe,lecz życie to nie bajka,i cały czas ten cały cyrk czy się to komuś podoba,czy nie,to toczy się wokół kasy.A szanownemu panu profesorowi życzę samych dobrych snów,nie koniecznie o setkach wolontariuszy z wykrywaczami tyrającymi dla fundacji.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości